niedziela, 20 października 2013

COUCH POTATO


   Wspinając się po schodach zdałam sobie sprawę jak bardzo nie cierpię woni obiadu unoszącego się na klatce schodowej. Z racji, że dzielnica w której mieszkam to raj na ziemi dla emerytów i rencistów, to na porządku dziennym jest wdychanie smrodu gotowanych klopsów i smażonej wątróbki od godziny 12 do samego wieczora. Wszyscy sąsiedzi ścigają się w tym, kto pierwszy zje obiadek, no i oczywiście kto najpóźniej odgrzeje go swoim dzieciom i wnukom. Z każdym schodkiem robię coraz bardziej głodna, z każdym następnym zamkiem do otworzenia coraz bardziej poirytowana, podobnie jest z guzikami płaszcza, który muszę zdjąć by przekroczyć próg kuchni. Wtedy następuje wielkie rozczarowanie, bo w garnku jest żurek, a nie ulubiona pomidorowa. Nic tylko płakać. Moja wybredność mnożona przez moją zrzędliwość spowodowały, że średnio co drugi dzień karmie się bułką z szynką zapijaną łapczywie kawą z mlekiem. Na przekór ambitnej wersji mojego ego, po kulinarnych doznaniach trafiam prosto na kanapę, a nie na wymarzony workout. Przez parę godzin zmażę brzuch pod rozgrzanym komputerem i zajadam się fejsbókowymi nowinkami. Zdarza mi się postękać, że napiłabym się herbaty i zjadłabym coś słodkiego, ale niestety w takich chwilach wstanie z nieba zwanego sofą jest matematycznie niemożliwe. Ogrom zadań do zrobienia i książki z setkami stron do przeczytania piętrzą się na biurku - zbywam je skutecznie. I pomyśleć, że to wszystko przez Panią z piętra niżej, która to dała mi złudne nadzieje na wymarzoną pomidorową?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz