Wspinając się po schodach zdałam sobie sprawę jak bardzo nie
cierpię woni obiadu unoszącego się na klatce schodowej. Z racji, że
dzielnica w której mieszkam to raj na ziemi dla emerytów i rencistów, to
na porządku dziennym jest wdychanie smrodu gotowanych klopsów i
smażonej wątróbki od godziny 12 do samego wieczora. Wszyscy sąsiedzi
ścigają się w tym, kto pierwszy zje obiadek, no i oczywiście kto
najpóźniej odgrzeje go swoim dzieciom i wnukom. Z każdym schodkiem robię
coraz bardziej głodna, z każdym następnym zamkiem do otworzenia coraz
bardziej poirytowana, podobnie jest z guzikami płaszcza, który muszę
zdjąć by przekroczyć próg kuchni. Wtedy następuje wielkie
rozczarowanie, bo w garnku jest żurek, a nie ulubiona pomidorowa. Nic
tylko płakać. Moja wybredność mnożona przez moją zrzędliwość
spowodowały, że średnio co drugi dzień karmie się bułką z szynką
zapijaną łapczywie kawą z mlekiem. Na przekór ambitnej wersji mojego ego,
po kulinarnych doznaniach trafiam prosto na kanapę, a nie na wymarzony
workout. Przez parę godzin zmażę brzuch pod rozgrzanym komputerem i
zajadam się fejsbókowymi nowinkami. Zdarza mi się postękać, że napiłabym
się herbaty i zjadłabym coś słodkiego, ale niestety w takich chwilach
wstanie z nieba zwanego sofą jest matematycznie niemożliwe. Ogrom zadań do zrobienia i książki z setkami stron do przeczytania piętrzą się na biurku - zbywam je skutecznie. I pomyśleć, że to wszystko przez Panią z piętra niżej, która to dała mi złudne nadzieje na wymarzoną pomidorową?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz